STEFAN ŁOBODA - PO KAPITULACJI GEN. KLEEBERGA
W październiku 1939 roku, w kilkudniowej bitwie Polaków z Niemcami pod Kockiem, między innymi o Wolę Gułowską, o którą - z uwagi na wysokie wieże miejscowego klasztoru, pełniące rolę punktu obserwacyjnego - oba wojska biły się ze sobą zaciekle i długo.
W godzinach rannych 6 i 7 października, w kilka godzin po kapitulacji głównodowodzącego polskimi oddziałami generała Franciszka Kleeberga. W tejże Woli Gułowskiej na drodze prowadzącej na południe polscy oficerowie, bez dystynkcji i odznaczeń stali czwórkami jako jeńcy. W polowych, zielonych rogatywkach, w długich płaszczach, z porolowanymi i przerzuconymi przez ramię kocami, poważni i smutni dość długo stali bezczynnie na jednym i tym samym miejscu.
W kilkudziesięcioosobowej grupie, która na pewno nie obejmowała wszystkich oficerów, jeszcze do wczoraj dowodzących w tej okolicy plutonami, kompaniami i batalionami - rozpoznałem z Batalionu Morskiego, do którego sam należałem tylko dwóch komandorów: Alojzego Pawłowskiego i Kamińskiego. Ten ostatni wzrostem niemal o głowę przewyższał innych. Opodal stojących piętrzył się stos różnego wojennego sprzętu, także karabinów zdawanych Niemcom przez naszych żołnierzy. Z ciągle dorzucanych - stos urastał do pokaźnych rozmiarów. Wszystko to działo się pod ścisłym nadzorem Wehrmachtu.
Natomiast nie widziałem wziętych do niewoli i zgrupowanych razem w większej ilości naszych żołnierzy. Kto wie, może wśród nich dopatrzyłbym się moich kolegów? Chciałbym wspomnieć na tym miejscu mata Mieczysława Kowalskiego, starszych marynarzy Wojciecha Pogorzałę i Wincentego Bonieckiego, a także marynarza Wacława Palińskiego. Z nimi bowiem od 1932 do 1935 roku w marynarce wojennej odbywałem czynną służbę wojskową. Przebywaliśmy również razem podczas całej kampanii wrześniowej w szeregach Batalionu Morskiego, którym dowodził najpierw komandor Witold Zajączkowski, były dowódca flotylli rzecznej w Pińsku, później zaś - komandorzy, których wymieniłem wyżej. Przebyliśmy razem szczęśliwie trudną i „urozmaiconą” walkami z przeciwnikiem o wiele liczniejszym niebezpieczną trasę: Pińsk-Nujno-Włodawa-Kock, także i wczoraj, w okresie końcowych walk armii Generała Kleeberga z Niemcami, byliśmy razem. Zostałem ranny w pobliżu Helenowa, a wyniósł mnie z ognia na własnych plecach Miecio Kowalewski, a potem nieśli mnie w kocu już we czterech. Kolegom tym zawdzięczam wiele - między innymi i to, że w dniu i miejscu dla mnie krytycznym nie leżałem samotnie bez pomocy na rozległym pobojowisku pod Kockiem, gdzie szukanie zaginionych albo zbieranie rannych nie było łatwe.
Od grupy naszych oficerów oraz miejsca, w którym rzucana była polska broń dzieliła mnie kilkudziesięciometrowa odległość. Patrzyłem z niewygodnej poziomej pozycji, która pozwalała mi widzieć gułowską drogę tylko na niewielkim jej odcinku. Znajdowałem się między rannymi, których Niemcy zamierzali gdzieś odtransportować. Na każdej chłopskiej furmance byliśmy ułożeni po czterech, głowy dwóch leżących obok siebie sięgały zadnich kłonic wozu, zaś głowę następnych dwóch - przednich kłonic. Nogi były umieszczone pośrodku wozu. Wóz jakoś wystarczał czterem tułowiom, ale nogom było za ciasno, dlatego całe i zdrowe nogi były podkurczone albo leżały na spodzie, a dopiero na nich umieściliśmy te okaleczone i pobandażowane.
Po dłuższym postoju na tej drodze furmanki wypełnione niezwykłym ładunkiem ostrożnie i powoli ruszyły z miejsca. Dopóki wóz toczył się po równym, leżeliśmy względnie spokojnie. Jeśli jednak koło trafiło raptownie na wystający w koleinie korzeń albo kamień - wóz podskakiwał, a my razem z nim, a wtedy nie obyło się bez jęków, nawoływań i klątw. Jednak nie to było najgorsze. Wstrząsające wrażenie na rannych sprawiały postoje, gdy zdejmowano z wozu stygnące już zwłoki, a potem w przydrożnej bruździe pospiesznie kopano dół, w którym zagrzebywano tego, który już umarł. Jadące z tyłu wozy mogły wyminąć furmankę, na której przyczaiła się śmierć. Tego jednak nikt nie czynił, zatrzymywały się wszystkie wozy. Przywiezieni na miejsce, które nie było przeznaczone na cmentarz - braliśmy udział w pogrzebie jakby w zastępstwie rodziny, przyjaciół i znajomych nieznanego nam kolegi- żołnierza.
Nie orientowaliśmy się zupełnie, jak dalece niebezpiecznie sami byliśmy pokiereszowani. Każde zadraśnięcie, nie wspominając o przetrąconych kościach czy naruszonych wnętrznościach - bolało. Bywają rany bardzo bolesne, ale nie niebezpieczne. Bywają inne - mniej bolesne, ale śmiertelne. Więc patrząc na pogrzebowe czynności, mimo woli myśleliśmy: kto następny?
Kondukt złożony z kilkunastu jednostek i dwukonnych furmanek znów posuwał się powoli. Niezbyt daleko odjechaliśmy od Woli Gułowskiej. Po południu wozy z rannymi zaczęły zbaczać z głównej drogi i zajeżdżać w obszerne podwórze, należące prawdopodobnie do majątku Gułów. Rannych zdejmowano z wozów i przynoszono do lekarza, niemieckiego oficera urzędującego w dużej folwarcznej stodole. Niemiec na każdego patrzył, czasem któregoś palcem dotknął i decydował o dalszym losie.
Jak się później dowiedziałem, zwycięzca dla umieszczenia jeńców wojennych spod Kocka - bez względu na ich stan - zorganizował obozy w Radomiu i Kozienicach. Chodziło tylko o rozdział.
Wreszcie i mnie stawiono przed oblicze doktora, który - ledwie zerknąwszy - zadecydował i rzekł: „Kossienicee”. Osobiście bardziej odpowiadał mi Radom jako miejsce niewoli, bo znałem to miasto i miałem tam bliskich krewnych. Chorych kierowanych do Radomia układano po jednej stronie klepiska, zaś po drugiej - tych do Kozienic. Po zakończonych oględzinach lekarskich niemieccy wojskowi opuścili stodołę. Wykorzystałem to i z niemałym trudem przeturlałem się z „Kozienic do Radomia”.
Naraz najmniej spodziewany, a jak upragniony widok: zapewne sama właścicielka majątku albo ktoś z jej otoczenia razem z jakimś niemieckim oficerem wnieśli do stodoły duży kocioł z dymiącą wonną zupą. Ileż to dni minęło od czasu, gdy jedliśmy gorącą strawę?
Nieznajoma pani nalewając w podstawione menażki zupę, była tą prozaiczną czynnością bardzo przejęta. Czekałem, aż zje mój sąsiad. Nie miałem własnej menażki, która wczoraj na skraju lasu pod Helenowem podobnie jak jej właściciel nieźle oberwała, i - jako nie nadająca się do dalszego użytku - została tam porzucona. Mnie natomiast jeszcze wieziono, doglądano i karmiono. Smaczna zupa, wprawdzie podawana wydelikaconą ręką, ale ochotnie i od serca, nie tylko głód zaspokajała, lecz także jakby zmniejszała fizyczny ból i sprawiała nastroje. Jakoś lżej się człowiekowi robiło.
Pomiędzy rannymi kręciło się kilkunastu umundurowanych Niemców. Jeden z nich przechodząc niechcący nadepnął mi na wystające nogi. Syknąłem z bólu. Jakby tym zawstydzony wojskowy ulokował mi je wygodniej i bezpieczniej. Po chwili znów podszedł do mnie i poczęstował jabłkami, nadal grzecznie przepraszając. Dwa wspomniane wypadki ludzkiego i humanitarnego zachowania się frontowych Niemców złagodziły nieco mój sąd o nich.
Pod wieczór, jeszcze tego samego dnia, autobusy wywiozły jednych do Kozienic, drugich do Radomia. Pojechałem do Radomia.
Stefan Łoboda - b. st. marynarz Batalionu Morskiego
Tygodnik Powszechny

Komentarze
Prześlij komentarz