Stefania Romaniuk - wspomnienia świadka historii
/…/ Pewnego dnia Kopciowa załadowała mnie z dziećmi i z tobołkami do dryndy z daszkiem i pojechała z nami do wsi Turzystwo-Lipiny, położonej w powiecie łukowskim.
Wieś - przyjście Symy
Zatrzymaliśmy się na skraju wsi przed chałupą najbardziej nędzną ze wszystkich. Uderzył zaduch wilgoci i odchodów bydlęcych. Gliniana podłoga i gryzące ciemności od dymu.
Nie znałam dobrze obyczajów i zwyczajów wiejskich. Byłam więc omalże przerażona, gdy zanim zdążyłam się rozejrzeć i uwolnić dzieci od okryć, znalazłam się w obliczu gromady kobiet wiejskich, wypełniającej chałupę po brzegi. Nie zauważyłam, kiedy weszły i jak weszły. Młode i stare, z podciągniętymi pod brodą kolorowymi chusteczkami na głowach, z rękami splecionymi na brzuchu, z oczyma wlepionymi w nas przybyszów i w tobołki. Tylko półuśmiechy błąkające się na twarzach uspokoiły mnie, że nie przyszły w złych zamiarach. Nie zadawały żadnych pytań, nie wypowiedziały żadnych uwag, nie przysiadły się nawet na ławkach czy stołkach, tylko tak stały i patrzyły. Nie wiedziałam, jak się zachować, więc i ja milczałam, przerywając zajęcia i uśmiechem odpowiedziałam na ich uśmiech. Mały płakał i spieszno mi było do przewinięcia go, a nie wolno mi było tego robić w obecności osób trzecich, jako że Fajgenbaum był obrzezany. Tak jak od razu wszystkie razem zjawiły się w chałupie, tak samo wszystkie razem w pewnej chwili z chałupy znikły.
Moim gospodarzem był małorolny czy bezrolny chłop - drwal. Wysoki, zwalisty, zawsze obrośnięty. Gdy wracał z lasu siadywał na stołku koło kuchni milczący i ponury. W chałupie była nędza. Gospodyni i kilka podrosłych dziewczątek również gdzieś wychodziły do roboty, najczęściej na odrobek.
Nie jest mi wiadomo, na jakich warunkach Kopciowa urządziła nas u tego gospodarza. Ona sama uiszczała należność, zostawiając mi pewną sumę na zakup żywności. Nawet nie jest mi wiadomym, jaką legendą Kopciowa uzasadniła nasze ulokowanie się na wsi. Ja w każdym razie poczułam się zwolniona od wyjaśnień schroniwszy się pod parasolem Kopciowej /…/
I tak biegł czas. Ile go upłynęło, trudno mi określić.
Pewnego dnia - dość jeszcze odległego od końca wojny - zjawiła się w mojej chałupie Syma, matka malucha. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to zjawa, albo sen na jawie. Syma najpierw rzuciła się na swoje maleństwo i zalała się łzami. Gdy obie nieco ochłonęłyśmy, usiadłyśmy przy stole i Syma opowiedziała mi dzieje swojej ucieczki z obozu dęblińskiego, której się podjęła, licząc na swój wygląd aryjski. W wypadku jej męża było to niemożliwe ze względu na jego typowe semickie rysy. (Eli, gdy Niemcy wywozili obóz z Dęblina, ukrył się w jakimś wynalezionym przez siebie schowku, z którego wyszedł na wolność po wkroczeniu Armii Czerwonej do miasta).
Szczegóły ucieczki Symy z obozu wyparowały mi z pamięci. Przed przyjazdem do mnie - a adres mój otrzymała od Kopciów - zdążyła się urządzić w jakiejś miejscowości pod Krakowem i teraz jest gotowa zabrać swego synka ze sobą. Poczułam smak szczęścia - ze względu na Symę i jej synka, ale również ze względu na siebie. Zwolniłam się z wielkiego obciążenia. Zostałam sama z moim synkiem.
Ale zostałam również bez środków do życia, jako że zawarta “umowa handlowa” między mną a Fajgenbaumami wygasła sama przez się. Co gorsze - musiałam opuścić mieszkanie; nie było komu płacić, a ja byłam bez żadnych zasobów. Ani mi przez myśl nie przeszło, żeby spaść na kark Kopciom, którzy ledwo wiązali koniec z końcem i - obarczeni tak niebezpiecznymi zaangażowaniami - dołożyć im dodatkowo jeszcze jedną powinność.
Została tylko jedna droga: pójść na wieś i szukać miejsca wyrobnicy.
Wieś położona wśród lasów, rozlokowana po obu stronach bocznego traktu prowadzącego do Warszawy, była obszerna i rozłożysta. Wiosną i wczesnym latem tonęła w białym kwieciu akacji i drzew owocowych, które obfitowały. W dalekiej perspektywie widniała strzelista wieża kościoła w Adamowie. Z każdego zakątka wsi była widoczna, oczarowywała całą okolicę poczuciem wzniosłego piękna, zdawała się być strażniczką pokoju, ładu, miłości i miłosierdzia, niosła ukojenie i nadzieję. Bez tej wiedzy, bez tej wieży okolica wydawałaby mi się być martwą.
Z kościołem w Adamowie wiążą się u mnie, już w późniejszym okresie mego pobytu we wsi, niezapomniane przeżycia: Pasterka. Kościół wypełniony po brzegi tłumem ludzi, tonący w ciemnościach, rozświetlony tylko płomykami świec trzymanych w ręku przez każdego uczestnika. Z tego półmroku wykwitały jaskrawe, kwieciste chusty wiejskich niewiast, dodając jakby światłości tym ciemnościom. W pewnym momencie wybuch śpiewu – to nie tłum śpiewał, to śpiewał każdy: on czy ona, z pełnej piersi i pełnym głosem, jakby był sam jeden w kościele. Słowa pieśni wyrzucał tak, że można było każde z nich uchwycić w ręce i zatrzymać je w drżącym śpiewie. Jedną potężną falą rwał w górę, przebijał wysokie sklepienie kościoła i uderzał pod niebiosa, uderzał błaganiem o zbawienie Polski, ale w tych błaganiach przebijały się tony brzmiące siłą spiżu. Nigdy przedtem ani potem nie przeżyłam takiej symfonii chóralnych modułów.
Ja - wyrobnica
Poszłam więc na wieś szukać dachu nad głową i pracy /…/. Poszłam do jednego z zamożniejszych gospodarzy. Okazała, drewniana chałupa, niedawno postawiona, drewniana podłoga, duże gospodarstwo. Zostałam przyjęta. Za dach nad głową dla mnie i dla mojego synka miałam wykonywać w domu porządkowe prace i mieć opiekę nad dziećmi. Wykonywałam również pomniejsze prace polowe za strawę. Ogłosiłam się, że jestem nauczycielką, i znalazłam chętnych. Za chleb, mleko, jajka, garniec kartofli i tym podobne uczyłam dzieci polskiego, historii, arytmetyki. Niektórym gospodarzom bardzo zależało, aby dzieci się uczyły. W wielu domach znajdowałam podręczniki szkolne i nawet spore biblioteki literatury polskiej, sama z nich korzystałam.
Poza tym dotarłam do niejakiej Warczygłowichy (to jedyne nazwisko z całej wsi zostało mi w pamięci, chyba ze względu na jego folklorystyczną wymowę). Woziła ona zarżnięte świniaki do Warszawy. Zgłosiłam się na pomoc w transportowaniu towaru do stolicy za ustalone opłaty. Przy mojej pomocy mogła tego towaru więcej zabrać i był bezpieczniejszy. Droga z tej wsi do Warszawy była nie tylko daleka, ale i bardzo uciążliwa i niebezpieczna. Dziesiątki kilometrów trzeba było z towarem na plecach zrobić na pieszo, aby ominąć miejsca łapanek, zasadzek na szmuglerzy i tym podobne. Ten proceder handlowy uprawiałam do końca okupacji i z rodziną Warczygłowichy się związałam.
Gdzie tylko mogłam i pod jakimkolwiek pretekstem nawiązywałam dobre, sąsiedzkie, towarzyskie stosunki. Przychodziłam z pomocą i radą, gdzie tylko widziałam, że moja pomoc i rada może się przydać. Załatwiałam różne sprawunki dla poszczególnych gospodarzy podczas moich wypadów do Warszawy. Wrastałam we wieś, a wieś była mi pomocna i przychylna. Posiłki i niedzielne, i świąteczne spożywałam razem z gospodarzami lub z sąsiadami, którzy mnie często zapraszali. Zawsze użyczano mi furmanki na dojazd do kościoła w Adamowie, opiekowano się moim synkiem, gdy jeździłam z towarem do Warszawy. Dostawał mi się czasem kawałek płótna czy łaszek dla mego synka, jako że byłam uboga w te rzeczy. Brałam udział w różnych wiejsko-obyczajowych rozrywkach towarzyskich, jak: po kądzieli, Mikołajki, darcie pierza i tym podobne. Przy wieczerzy wigilijnej stałam razem z kobietami naokoło stołu pod siankiem, jako że pozycja stojąca odczarowuje bóle krzyża. Przy kopaniu kartofli bywałam również zapraszana na wesela i w odwiedziny do umarlaka, i tak dalej, i tak dalej. I co więcej – darzono mnie pewnym swego rodzaju zaufaniem. Nie krępowano się w mojej obecności i przerzucano się półsłówkami i frazami, z których jasno wynikało, że we wsi działają podziemne organizacje i że ten i ów do nich należy.
Tym bardziej więc byłam zaskoczona i z początku przestraszona, choć nie dałam się zastraszyć, dwiema zatrutymi strzałami, które wieś wypuściła w moją stronę. Pewnego razu po powrocie z podróży do Warszawy, rozbierając mego synka do snu, ujrzałam koniec jego członka wysmarowany bardzo dokładnie czarnym szuwaksem. Był to jednoznaczny sygnał, że się domyślają. Przeszył mnie ostry ból. Ile strachu zadała memu biednemu dziecku ta podła osoba przy wykonywaniu tej ordynarnej czynności. Zachowałam się po tym fakcie właściwie? Podejrzanie. Nie wszczęłam śledztwa, kto był tym nicponiem, przed nikim się nie poskarżyłam na krzywdę wyrządzoną memu dziecku, przemilczałam ten chuligański wyczyn.
Nie pamiętam, czy przed tym faktem, czy po nim, przyszedł drugi sygnał – powiedziałabym, o wiele poważniejszy i skierowany już bezpośrednio do mnie. Pewnego razu, będąc w jakiejś chałupie wypełnionej chłopami, nagle, ni stąd, ni zowąd, bez żadnego związku z toczącą się rozmową, jeden z obecnych skierował na mnie wzrok i śmiejąc się, powiedział: „A pani jest Wandą Wasilewską”. Wiedza ich nieco mnie zdumiała, a ja zgłupiałam do szczętu. Zapytałam się: „A kto to jest Wanda Wasilewska?”. Tylko wybuch śmiechu był mi odpowiedzią. Nie muszę dużo wyjaśniać, że nie interesując się polityką i unikając jej jak ognia, tym bardziej nie dałam im żadnej sposobności do podejrzewania mnie o postawę polityczną. Wasilewskiej było też dla mnie z miejsca jasne, że nie o politykę im szło. „Wasilewską” użyli jako znak wywoławczy, stereotypu żydokomuny, z wyróżnikiem jego pierwszego członu, który miał się odnieść do mojej osoby.
Po tych sygnałach czułam, czekałam na dalszy ciąg. Nie jakieś gwałtowne zmiany – nie mogłam niczego przedsięwziąć, a tym bardziej uciec, więc czekałam biernie. Ale dalszego ciągu nie było. Wbrew tym sygnałom nic się nie zmieniło w stosunku wsi do mnie. Dalej odczuwałam przychylność i pomoc i wszystko dalej toczyło się jak dotychczas, aż do samego końca pobytu mego we wsi. Więc po co te zatrute strzały były puszczane w moją stronę? Jestem głęboko przekonana, że dla samej satysfakcji. Tymi dwoma sygnałami wieś chciała mi powiedzieć: „Nie miej nas za głupców, wiemy, że nie jesteś tą, za którą się podajesz, ale my zachowujemy się wobec ciebie tak, jak widzisz, że się zachowujemy”. Wieś domyślała się prawdy o mnie, o co było nietrudno: mój synek nie miał aryjskiego wyglądu, długie i codzienne obcowanie z mieszkańcami mogło im pozwolić zaobserwować moją słabą znajomość religijnych norm, obrzędów, zwyczajów i obyczajów polskich – dużo lapsusów robiłam. Poza tym cała tajemnicza atmosfera, która mnie otaczała: zniknięcie drugiego chłopczyka, żadnych wspomnień o rodzicach, o rodzinie i tym podobne. Przy okazji pozwalam sobie stwierdzić, że Polacy są światłoczuli na Żydów. Podejrzewam nawet, że wiedza wsi o mojej mistyfikacji, a więc i grożącym mi niebezpieczeństwie, miała w jakimś stopniu wpływ na darzenie mnie tym zaufaniem, jakim mnie darzono. Moje zagrożenie korespondowało z ich zagrożeniem i było jakby swego rodzaju łącznikiem między nami.
Walka z okupantem
A w tej wsi znalazłam się w środku walk chłopstwa polskiego z okupantem i srożącego się terroru hitlerowskiego. Położona wśród lasów wieś była wdzięcznym terenem zaciągu do partyzantki leśnej, jej bazą żywnościową i oparciem. Często też była nawiedzana przez oddziały leśne. Nierzadko budziło mnie w nocy ostre światło latarek, którymi partyzanci zaglądali mi w oczy, jednocześnie przetrząsając rzeczy w chałupie w poszukiwaniu czegoś tam czy kogoś tam. Ale zjawiali się nie tylko w nocy; bywało, że po kilka dni partyzanci gościli we wsi, a wtedy życie we wsi toczyło się w wolnym tempie i słychać było tu i ówdzie biadolenie na partyzantów. Z urywanych rozmów wiedziałam, że we wsi działają organizacje o różnych orientacjach politycznych: było AK, BCh, NSZ, komuniści i tak dalej.
Bardzo często bywały wypadki, że po nocy znajdywano na drogach wiejskich trupy. Niekiedy to byli własowcy czy Niemcy, ale przeważnie, jak chłopi naszeptywali, byli to szpicle, donosiciele hitlerowscy w tej czy innej organizacji podziemnej. Zdarzały się też ofiary bratobójczych walk. Jednej nocy zabito karczmarkę i spalono jej chałupę za współpracę z Niemcami. Innym razem zakopano żywcem u siebie chłopa, zostawiając mu tylko głowę na zewnątrz. Grozę we mnie budził fakt, że kilka dni tkwił w ziemi i nikt go nie odkopał. Wieś mówiła, że to przedwojenny jeszcze złodziej i szubrawiec, który poszedł na współpracę z Niemcami, ale ktoś mi tam do ucha naszeptał, że należał do komunistów i że tylko takich, co nie poszli do nich, Niemcy...
Niemcy odpowiadali na walkę chłopów eksterminacyjnym terrorem. Na wysokiej wieży kościelnej w Adamowie ustawione były karabiny maszynowe skierowane na wieś i na całą okolicę. Co pewien czas do wsi wpadali uzbrojeni Niemcy. Spędzali wtedy do jednej ze stodół wszystkich mężczyzn, trzymali ich kilka godzin, nękając i maltretując, po czym uprowadzali z tego spędu za każdym razem pewien kontyngent chłopów. Po tych uprowadzonych z reguły ślad znikał. Druga grupa uzbrojonych Niemców w tym samym czasie chodziła po chałupach, przewracała do góry nogami wszystko, co się w nich znajdowało, uprowadzając ze sobą odpowiedni kontyngent bydła. Wrzucali również do tej czy innej chałupy bomby zapalające, które albo wybuchały, albo nie.
Jeden taki najazd Niemców szczególnie mi się upamiętnił. Skoro świt obudziła gospodyni: „Pani, Niemcy!”. Od razu uderzył w uszy łoskot ciężarówek i motocykli. Wyskakiwali żołnierze z karabinami do strzału. Jeszcze w nocy wieś została otoczona. Ten i ów zdążył zniknąć do lasu z bydlęciem lub bez. Ptactwo zagoniono do chałup. Kto mógł i jak mógł, chował dobytek. Tyle zabudowań, drzwi zaparte – dopiero kolby karabinów otwierały wejście do chałup. I wtedy nastąpiła znana kolej rzeczy: mężczyźni do stodoły, a w chałupach wszystko do góry nogami. Nie było płaczów i lamentów, chyba pochlipywania dzieci. Nie było przebiegów od chałupy do chałupy. Domownicy stali na progu swych zabudowań i patrzyli, patrzyli. Tylko ryk bydląt zaganianych na ciężarówki przeszywał powietrze. Już było daleko po południu, bliżej do zmierzchu, i wieś zaiskrzyła się srebrnymi błyskami bomb zapalających wrzucanych do chałup. Tym razem objęto znaczną ich większość. Pół wsi wtedy spalono.
Niedługo po tym nalocie doszła wieść, że z sąsiedniej wioski wszystkich mieszkańców Niemcy wywieźli i całą wieś spalili. Poszłam obejrzeć: pustki i martwa cisza, jak na spalonej ziemi. Po tych wydarzeniach przez jakiś czas coś w rodzaju popłochu dało się wyczuć w mojej wsi. Niektórzy gospodarze zaczęli pakować tobołki, ale ten popłoch szybko minął i życie wróciło do zwykłego toku. Gospodarstwom, w których ubyło mężczyzn, wieś przychodziła z pomocą: wychodzili w pole, krzątano się wokół obejścia, dawno jeść bydlęciu. Komu czas było się żenić – żenił się itp. itd.
Stefania Romaniuk, Tel-Awiw 1986

Komentarze
Prześlij komentarz