Świadkowie historii. Zofia Chomętowska w gułowskim dworze – zapiski z ostatnich dni września 1939

Zofia Chomętowska (1902-1991)
/Narodowe Archiwum Cyfrowe/

Gdy 2 października 1939 roku płonęła Serokomla, a wokół toczyły się zacięte walki Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga z niemieckim najeźdźcą, grupa uciekinierów z Polesia szukała ratunku w ciemnościach jesiennej nocy. Wśród nich była Zofia Chomętowska – wybitna fotografka, która w swoich pamiętnikach "Na wozie i pod wozem" pozostawiła niezwykle poruszający, drobiazgowy zapis kilkunastu dni spędzonych na Ziemi Łukowskiej.

Kim była kobieta, która jesienią 1939 roku zapukała do bram gułowskiego dworu? Zofia Chomętowska (1902-1991) pochodziła z arystokratycznej rodziny Druckich-Lubeckich. Urodzona w Parochońsku na Polesiu, była świadkiem i kronikarką swojej epoki – jej fotografie to dziś bezcenne dokumenty ukazujące Kresy, powstanie warszawskie oraz zniszczoną stolicę. Gdy wybuchła wojna, wraz z matką i innymi uciekinierami wyruszyła w niebezpieczną podróż z Polesia do Warszawy. Los sprawił, że jej droga zaprowadziła ją w okolice Łukowa.

Nocne przybycie do Gułowa

Po dramatycznych wydarzeniach w Serokomli, skąd przyszło im uciekać przed niemieckimi kulami, i krótkim postoju w Adamowie, Chomętowska wraz z towarzyszami podróży szukała bezpiecznego schronienia. Ktoś poradził im, by spróbowali szczęścia u księstwa Czartoryskich w Gułowie. Decyzja zapadła szybko, choć nie bez obaw:

"Mama znowu kręci się na wozie i protestuje tak jak w Czemiernikach (a jednak jak tam nam było dobrze!). Decydujemy się próbować. Jedziemy... Może pałace i dwory będą nam gościnniejsze niż chałupy i stodoły. Tłumaczę Mamie, że napady już nie grożą i że tu nie ma leśnych rabusiów."

W gułowskim dworze, którym zarządzała rodzina Wierusz-Kowalskich (administratorów majątku księżnej Czartoryskiej), uciekinierzy zostali przyjęci niezwykle serdecznie. Atmosfera miejsca i ludzi wywarła na Chomętowskiej ogromne wrażenie:

"Zapraszają nas na kolację, bo akurat siadają do stołu. Kolacja wojenna. Przy ogromnym stole widać, że biesiadnicy są przelotni i jedzą naprędce. Połykają gorącą herbatę, zrywają się i gdzieś się spieszą. Lokują nas w ogromnym pokoju, gdzie pali się w kominku. Będziemy mieli przynajmniej ciepło i sucho."

Życie w cieniu wojny

Mimo gościnności dworu, wojna była wszechobecna. Przez Gułów przewijały się wojska, docierały sprzeczne informacje, a w oddali nieustannie słychać było kanonadę. Chomętowska z niepokojem notowała docierające wieści:

"Ktoś z zupełną stanowczością twierdzi, że Warszawa skapitulowała 29 września, że prezydent miasta Starzyński został wywieziony. Te okropne wieści nie wpływają dodatnio na nerwy i spokój."

Mimo wszystko, w gułowskim dworze zapanowała swoista codzienność wojenna. Chomętowska z właściwą sobie przenikliwością obserwowała życie mieszkańców i uciekinierów:

"Wszyscy w tym domu bardzo ofiarnie pracują. Co dnia dostarcza się żywności do Adamowa dla rannych. Coraz to zjawiają się nowi uciekinierzy i żołnierze, nikt stąd głodny nie wychodzi, od świtu do nocy stoły są zastawione, bez przerwy krążą kubki z herbatą lub rosołem i stale na płycie gotuje się coś w garach."

Paradoks wojennego spokoju

W swoich zapiskach Chomętowska dokonuje zaskakujących obserwacji psychologicznych. Wojenna tułaczka, mimo grozy, przyniosła jej dziwne ukojenie po trudnych latach osobistych:

"W moim życiu ta wojna jest prawdziwym wypoczynkiem i odprężeniem nerwowym. Życie w tak odmiennej atmosferze przynosi duchowy spokój. Często jestem zmęczona fizycznie, ale to zmęczenie jest tak inne, niż moralne, że trzeba je traktować jako wyczyn sportowy. Łaska Boska zeszła na mnie, aby wśród tyłu łez, cierpień i okropności być obdarzoną takim spokojem."

Ta niezwykła refleksja pochodzi z 4 października, gdy wokół wciąż toczyły się walki, a ona sama niebawem miała przeżyć dramatyczne chwile. Tego samego popołudnia spokój został gwałtownie przerwany:

"Zniemacka podnosi się alarm! Nad domem przelatują pociski. Robi się popłoch. Wszyscy wybiegają na ganek! Pociski przelatują i gdzieś daleko wybuchają. Jeden pada bliżej. Zaczynamy gromadzić nasze rzeczy pod mostkiem przy stawach rybnych."

Groza ostrzału

Opis ostrzału Gułowa należy do najbardziej poruszających fragmentów pamiętnika. Chomętowska z fotograficzną precyzją dokumentuje chaos i strach:

"Pod mostkiem przyczepiamy deski, wyrwane z płotu, przez wodę. Robi się pomost, aby nie stać w wodzie. Słońce pięknie świeci i wierzyć się nie chce, że nad nami znowu może zawisnąć jakaś straszna groza. (...) Lecą pociski, ziemia dudni i trzęsie się. Znów człowiek kurczy się, robi się malutki i schyla głowę, jakby to miało coś pomóc... i znowu nic... przeleciało, a słońce pięknie świeci."

W tej dramatycznej scenerii nie brakuje też scen wręcz tragikomicznych. Gdy Chomętowska, zdeterminowana, by zdobyć żywność, przedziera się przez ostrzeliwany park, przeżywa chwile grozy, które opisuje niemalże z reporterską precyzją:

"Nie zrozumiałam, o co im chodzi: wchodzę na most. Prędko jednak zorientowałam się, bo kula świsnęła mi przed nosem. Idę dalej, przyspieszając kroku, myślę, że to jakaś pojedyncza, zabłąkana. Strzały jednak zaczynają się sypać się coraz gęściej. Ruszam galopkiem do pałacu, chcę okrążyć dom i dobiec do drzwi kuchennych, bo strzelają od frontu."

W piwnicy

Najgorsze chwile uciekinierzy spędzili w piwnicy dworu. W ciasnocie, zaduchu i strachu czekali na rozwój wypadków. Wtedy to właśnie nastąpił moment szczególny – wspólna modlitwa:

"W głębi piwnicy straszna panika. Podnoszą się głosy modlitwy. Pan Remiszewski podnosi wysoko obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Coraz więcej głosów śpiewa «Pod Twoją obronę»… Teraz pociski lecą górą nad nami i wybuchają nieco dalej."

Niemcy w Gułowie

5 października nastąpił punkt zwrotny – do Gułowa wkroczyli Niemcy. Chomętowska tak opisuje ten moment:

"Raptem rzeczywiście drzwi otwierają się z hałasem i ukazuje się w nich dwóch żołnierzy niemieckich. Uzbrojeni po zęby i z granatami w ręku. Za nimi ukazuje się oficer i groźnym głosem zapytuje, czy ktoś ma broń, a jeśli tak, każe oddać takową. Wyciągam mój browning z kieszeni i trzymając za lufę, oddaję go oficerowi. Lekko się uśmiechnął, to dobry znak."

Kapitulacja

Następnego dnia – 6 października 1939 roku – Chomętowska była świadkiem kapitulacji wojsk gen. Kleeberga. To jedna z najbardziej przejmujących scen w jej pamiętniku:

"Wkraczają nasze wojska na podwórze, przechodzą, mijają... Idą do niewoli! Piątego października — zawieszenie broni. Szóstego generał Kleeberg ogłosił kapitulację. Byliśmy świadkami ostatniej bitwy regularnych wojsk polskich pod Kockiem, Serokomlą, Adamowem, Wolą Gułowską. Teraz żegnamy tych, co byli nam bliscy, a odchodzą daleko... Wloką się stępa tabory za taborami, pułki jedne za drugimi."

W tym tragicznym pochodzie dostrzega znajomych. Szczególnie wzruszające jest spotkanie z pułkownikiem Kazimierzem Plisowskim, którego spotkała kilka dni wcześniej w Serokomli:

"Plisowski, zawsze taki miły, uśmiecha się do mnie i pyta, czy doniosłam te jajka w Serokomli? Jest bardzo blady. Ofiarowuje mi dwieście papierosów. Mówi, że nie pali; teraz to prezent nie lada."

Jej notatnik wypełniają nazwiska i adresy – prośby od oficerów idących do niewoli, by zawiadomić bliskich w Warszawie: Henryk Rostworowski, Paweł Górski, Eustachy Sapieha, Lew Sapieha i wielu, wielu innych.

Pożegnanie

Chomętowska pozostała w Gułowie jeszcze kilka dni. Czas ten wypełniały codzienne zajęcia, spacery, zbieranie orzechów włoskich, które przywołały wspomnienia z dzieciństwa. Ale myśli coraz częściej biegły ku domowi i dzieciom. 10 października zapadła decyzja o wyjeździe:

"10 października – Gułów. Wielu wrażeń doznało się w Gułowie. Dobrze nam tu było, to też żegnamy się ze smutkiem i z łezką w oku z państwem Kowalskimi. Darowuję pani Kowalskiej srebrny kubeczek z mego neseseru, na pamiątkę. Spoglądam poza siebie z żalem. Skończył się ciekawy «rozdział» życia. Tak, gdy się zamknęło dobrą książkę, której nie zdążyło się przeczytać."

Epilog

Droga do Warszawy wiodła przez kraj pełen zniszczeń wojennych. Chomętowska notowała obrazy, które na zawsze zapadły jej w pamięć – przydrożne krzyże, groby z hełmami, roztrzaskane wozy, trupy końskie. I ten niezwykły, choć przerażający spokój:

"Dojeżdżamy do Dąbrowskiej Huty. Cisza we wsi jak makiem zasiał. Nowe życie jeszcze się nie rozpoczęło. Właściwie nic już nam nie grozi, ale ta cisza jest przerażająca, coś się zmieniło, coś się skończyło. Wszelkimi siłami staram się opanować, żeby nie rozpłakać się w głos."

Zapiski Zofii Chomętowskiej z pobytu w Gułowie to nie tylko cenny dokument historyczny, ale przede wszystkim poruszające ludzkie świadectwo. To opowieść o strachu i nadziei, o gościnności w obliczu zagrożenia, o sile wspólnoty w najtrudniejszych chwilach. Dla mieszkańców Ziemi Łukowskiej to również przypomnienie, że ich mała ojczyzna stała się na kilka październikowych dni 1939 roku miejscem, gdzie rozgrywały się ostatnie akty wielkiej historii – i gdzie znalazła schronienie kobieta, której fotograficzne oko miało na zawsze utrwalić obraz tamtego świata.

*Cytaty pochodzą z książki Zofii Chomętowskiej "Na wozie i pod wozem" (wyd. 2007, s. 138-157). Zachowano oryginalną pisownię.*


*C*Cytaty pochodzą z książki Zofii Chomętowskiej "Na wozie i pod wozem" (wyd. 2007, s. 143-157). Zachowano oryginalną pisownię.

Komentarze

Popularne posty